O mnie



A teraz tak na spokojnie i bardziej obszernie o sobie :)

1997 rok..
Mam 16 lat i poznaję człowieka, który ma dobermankę,..ja zagorzały miłośnik owczarków niemieckich.
Po dłuższym poznaniu tej suczki stwierdzam, że nie ma nic lepszego niż owczarek, który jest psem z rozumem
w przeciwieństwie do tej suki, która jest agresywna i nic nie umie... Stwierdzam także na głos, że "jak bym
miała dobermana, to bym Ci pokazała jak powinien być wyszkolony".
Skończyła się znajomość i skończyły się cytaty :)
Do 1999 roku ani myśle posiadać dobermana, uważam tą rasę za "niebezpieczną" i realizuję się w
pracy z owczarkami, zaprzyjaźniam się z policjantami - przewodnikami i szkolę ich metodami własnego owczarka
typowo do pracy użytkowej. O dobermanie mam zdanie, że w życiu nie chcę mieć z nim nic do czynienia..paradoks...

1999 rok..
Wyruszam z nudów jak co tydzień na zwiedzanie zwierzęcego targu, zimno, ponuro, między różnymi handlarzami
nieśmiało stoi obskórny facet i stara się sprzedać coś, co przypomina dobermana, lecz to "coś" jest obrazem
nędzy i rozpaczy, jest siwe od łupieżu, zachudzone, trzęsące się. Po chwili rozmowy biorę ją na smycz i odchodzę.
Wstyd mnie ogarnia, kiedy mijający mnie przechodnie myślą, że jej wyglad to moja "zasługa".
Weterynarz, 16 kg, skrajne zarobaczenie, odwodnienie, na sierści nie tyle łupież co wapno, które wypaliło skórę...
Wiemy, że Rendi ma 6 lat.. nie wiemy jednak, że to nasz początek z dobermanami i miłość na całe życie.
Rendusia to typ, który nie związuje sie emocjonalnie z nowym domem, wszędzie jest jej dobrze, gdzie dostanie
strawę i kocyk. Co mnie napadło wziąć dobermana ? Przecież to nie jest "moja rasa" ! Czy litość ? Czy też
wspomnienia i chęć udowodnienia sobie, że można wyszkolić dobermana tak, aby móc być dumnym ?

Nastaje 2000 rok...
Myślami jestem już przy nadchodzącym sezonie agillity, treningach z moja owczarką, która dość dobrze się
zapowiadała, niestety "drużyna" oznajmiła, że nie mogę uczestniczyć w zawodach bo owczarka nie posiada rodowodu.
Zatem powstaje pomysł na zakup psa z rodowodem. Może dobermana ? Są szybkie, zwinne, zdecydowanie
lepsze niż 45 kilogramowy owczarek niemiecki. Odwiedzam nasz ZK nieśmiało, nie mam wiedzy, nie mam odwagi,..
jedyne co wiem, to że nie chcę szczeniaka, ale podrośnietego psa. W ZK spotykam przemiłego pana, który
uświadamia mnie, że obecnie nie ma nikt na sprzedaż podrostków, ale oczekiwany jest miot po jego psie i suni
z Leszna. Decyzja zapadła.. W tamtym czasie nie mając wiedzy ani doświadczenia przy wyborze szczeniaka
mogę jedynie powiedzieć UFFFF, ponieważ miałam więcej szczęścia niż rozumu. Czerwiec .. do domu przyjeżdża
Arlenka, ja niestety przywykłam do owczarków, które nie miały nigdy tego temperamentu i robię błąd za błędem,
starając się z dobermana zrobić owczarka, wyspokoić na siłę normalnego psa. Drużyna agillity rozpada się,
moje plany prysnęły jak bańka mydlana, pozostało pytanie co teraz ? Skoro agillity nie możemy to może obrona ?
Tak, to mnie zawsze "kręciło", pies miał być groźny i bronić.. Na szczęście spotykam na swej drodze szkoleniowca,
który wyjaśnia mi, że obrona - tak, ale sportowa. Wchodzimy w to. Arlenka uczy się doskonale, pięknie tropi..
na draże orzechowe (?). Obrona to jej żywioł, bez problemu dogadujemy się w posłuszeństwie. Po kursie zdajemy
dość ładnie IPO1. Nasz trener jednak uznaje, że to na tyle, że nie chce mu się pracować z dobermanem a przy okazji,
pies nie podoła zdaniu IPO2. Był w błędzie, nie ma dla mnie rzeczy niemozliwych.
Kupuje rękaw, klina, i szlifuje psa sama, nie mamy deptaczy, ślady do końca
układam na siebie. Egzamin zdaję ze złotym medalem i doskonałymi punktami. Niestety fatalna w skutkach kontuzja
Arleny na treningu, spowodowana spotkaniem z pozorantem, który nie jest w stanie przyjąć poprawnie tak szybkiego psa
powoduje odunięcie od sportu na cały rok. Po tym czasie wiedziałam już, że Arlen dalej niż IPO2 nie pójdzie,
owszem, pracowała ale nie sprawiało jej to tyle przyjemności. Zatem odpowiedź była jedna..

Hodowla. Pierwsze krycie, pierwszy miot w 2003 roku , decyzja o pozostawieniu jej córki - Heski i
marzenia o IPO3. Arlena zakończyła karierę więc poświęciłam czas Hesce, która nie miała w sobie takiej zaciętości i
bojowości, co jej matka. Jednak treningi przyniosły efekt i zdalismy IPO1, następnie IPO2. Niestety błędy popełnione
przy szkoleniu, brak odpowiedniego pobudzenia i motywacji uniemożliwiły nam zdanie IPO3. Startowalismy krótko w
Obedience, ale nie sprawiało mi to radości, nigdy nie kręciło mnie samo posłuszeństwo. Heska została sunia hodowlaną i
zakończyła karierę w obronie.

W międzyczasie Heskowej kariery w 2004 roku przegladając internet zapragnęłam aby zamieszkała u nas dziewczynka
ze zdjęcia...obserwując jedynie fotki, nie kontaktujac się wcześniej z hodowcą postanowiłam, że Malina będzie moja.
Uprosiłam mamę, no i dzięki uprzejmości Valentiny - właścicielki ojca szczeniat udało nam się sprowadzić
Malinę z dalekiego St. Petersburga. Zaczął się "koszmar" mojego zycia. Przybyła do mnie choleryczka, która
nijak nie pasowała do moich zrównoważonych, wspaniałych suczek. Już wtedy wiedziałam, że pogłebienie wiedzy
szkoleniowej nad wyraz mi się przyda. Malina starała się pozbawić mnie ostatnich cząstek wytrzymałości psychicznej
swym charakterem niezależnego psa. Jej wyszkolenie zabrało mi mnóstwo czasu i energii, ale było warto. Jej twardość,
nieustepliwość, zdecydowanie i "francowata" natura pomogły nam stać sie przyjaciółkami, które razem dosięgną celu.
Po wielu trudnych latach zdałyśmy IPOV następnie IPO1, IPO2... Startowałysmy w zawodach PT.
Jednak Malina ponad wszystko kochała obronę, potrafiła zapomnieć o świeżo urodzonych szczeniętach, potrafiła
nie jeść, nie pić, byle by tylko dopaść swój umiłowany rękaw. Zostało jej to do dziś. Rosyjska krew zawładnęła mną
i nie wyobrażałam sobie, abym mogła mieć w domu psy o słabszych predyspozycjach do pracy.

W miedzyczasie w 2005 roku przybyła do mnie z Ukrainy kolejna sunia, która "trzymała mnie przy życiu".
Czara... Przyjechala w wieku 8 miesięcy, zepsuta, twardogłowa istota, która za nic nie chciała się podporządkować
istniejącym u nas zasadom, zawsze miała własne zdanie na każdy temat, także w szkoleniu była wyjątkowa,
nie tylko nie chciała się szkolić ale i robiła wszystko abym to ja dla niej pracowała. Współpraca z nią była
niezmiernie trudna i niestety bez efektów. Podjęłam jednak rękawice...Odeszła Rendusia, miała 12 lat....

Rok 2006 , jest z nami Arlenka, Heska, Malina i Czara, szkolimy się i wystawiamy.
Rok 2006 to także rok przeprowadzki, spełnienia marzeń o posiadaniu domu z ogrodem, o placu szkoleniowym,
o własnym hotelu dla psów. Żyć nie umierać, jednak marzenia sie spełniają, czasami przypadkiem. Czułam się
jak pączek w maśle,.. własny dom, ogromny ogród, który przerobiliśmy na plac szkoleniowy, fajni sąsiedzi
podzielający moją pasję i moja gromadka wspaniałych psów, których oczy lśniły podczas każdego spaceru
do lasu oraz kiedy mogły spędzić na powietrzu więcej czasu, szczególnie treningi mogły sie odbywać kiedy tylko
sobie zapragnęłam. Był to także rok rozpoczęcia mojej współpracy z doskonałym czeskim szkoleniowcem
, który otworzył mi oczy na wiele kwestii oraz pomógł podnieść kwalifikacje, jednocześnie moje psy
zaczęły mieć coraz lepsze wyniki w pracy.

Rok 2007 to rok podjęcia trudnej decyzji. Bardzo złe nawyki Czary z poprzedniego domu oraz
brak możliwości współpracy na dłuższą metę przyczyniły się do podjęcia decyzji o oddaniu jej w dobre ręce..
Trafiła w odpowiednie ręce, do ludzi, którzy mieli więcej cierpliwości i ochoty na prostowanie jej fatalnych nawyków.
To także rok miłej, aczkolwiek nieoczekiwanej niespodzianki. Dostałam meila, w którym Valentina pokazała mi
miot po swym psie Titanie, miot jedynie do oceny, nie było mowy o jakimkolwiek zakupie. Podobała mi się z
tego miotu jedna suczka, która nieoczekiwanie, bez wcześniejszych ustaleń przyjechała do mnie z Ukrainy.
Nie była zamówiona, nie miałam w planie kolejnego psa ! Spontaniczna decyzja Valyi i Janka była u mnie.
Przyjechała jako prezent :) Co by nie mówić, trafiła mi się gwiazdka z nieba, zrównoważona sunia, z doskonałym
socjalnym charakterem, kochająca wszystko i wszystkich. Nie mogłam od życia chcieć niczego lepszego niż taki egzemplarz.

Rok 2008 to także rok naszej prywatnej tragedii.
Odeszła od nas założycielka hodowli oraz moja największa przyjaciółka, która towarzyszyła mi w różnych chwilach
mojego życia, tych miłych i tych złych, była zawsze przy mnie, wspierała mnie. Niestety przegraliśmy tę nierówną
walkę z nowotworem. Arlenka poddała się i nie chciała już walczyć, uszanowałam to i przeprowadziłąm ją przez
Tęczowy Most. Nigdy się tak podle nie czułam. Podjęcie decyzji o eutanazji kogoś, dzięki komu czulam, że
kocham było dla mnie zbyt trudne. Jednak szacunek dla niej wymógł na mnie tą decyzję. Pustka po Arlenie była
nie do przyjęcia, ale na szczęście była z nami Hesia, Malina i Jana. Dodatkowo mimo wszystko tęskniłam za
Czarą i jej pięknym czekoladowym kolorem sieści, więc z kolejnego miotu Maliny zostawiłam sobie Demę.
Temperamentu jej nie brakowało, co przyprawiało mnie o zawrót głowy...Wiedziałam, że nie będzie z górki. Dema
pokochała i wybrała mnie na swojego przewodnika a współpraca z nią była wspaniała.

I tak oto skończył się 2008 rok rok a zaczął 2009 . Rok egzaminów, kolejnych obozów,
dni szkoleniowych.

Rok 2010 , kurcze, to już 11 lat przygody z dobermanami. Nie czuję tych lat,
nadal się uczę i uczyć będę. Żyję w otoczeniu moich największych przyjaciół - dobermanów. Mieszka ze mną sześć
serduszek, które biją tylko dla mnie, które swoją obecnością i miłością potrafią czynić cuda, pomagają zmierzyć
się z dniem codziennym. Jest to rok pełny planów nie tylko szkoleniowych ale także wystawowych. Moja teoria
hodowlana zaczyna zmieniać tory, zaczynam poważnie myśleć o ukierunkowaniu sie choć częściowo na linie
użytkowe, krycia już nie są podyktowane uzyskaniem "pięknych i mądrych psów", które nie wniosą do hodowli
nic więcej niż podstawy. Zaczynam myśleć o kryciach czeskimi i niemieckimi psami, których rodowody pełne
sa wartościowych psów i suk mających coś więcej niż IPO1. Ten plan wdrażać będę powoli ale do skutku.
Ramy się zamknęły, więcej psów mój dom nie pomieści :).

Rok 2011 to kolejny rok niespodzianek, zmian planów i decyzji życiowych.
Początkiem roku wzięłam ślub :) ... Postanowiłam także, że moje hodowlane suczki odpoczną conajmniej 1.5 roku
od ostatnich szczeniąt, był to czas dla mnie, dla męża i dla naszych współnych spraw.

Rok 2012 Zaczął się koszmarnie... Początkiem roku - 10.01 Odeszła moja ukochana Dema...
Sunia, dla której byłam najważniejsza, która zrobiła dla mnie bardzo wiele. Wypadek zabrał mi Demę na 11 dni przed własnym porodem
21 stycznia urodziłam wspaniałą córcię. Zaczął się kolejny raz wspaniały czas w moim życiu :)
Początkiem roku także stwierdziłam, że czas najwyższy uskutecznić moje wcześniejsze plany dotyczące
wprowadzenia użytkowej niemieckiej krwi do mojej hodowli - tym samym postawiłam na super kombinację genów
i pokryłam exterierową Janę czystym użytkiem z Niemiec - nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie - uzyskałam doskonałej jakości miot.
Z tego miotu do dalszej hodowli pozostawiłam zarówno sukę jak i psa. Oboje zasługują na dalsze promowanie zarówno pod
względem charakteru jak i exterieru. Jestem pewna, że postawiłam na właściwa kartę.
Obecnie mamy Hesię, która ma już 9.5 roku, Malinkę, która we wrześniu skończy 8 lat i Jankę, która ma 5.5 roku.
Hesa i Malina są na zasłuzonej emeryturze.
Teraz stawiam na pracę z młodymi psami i postaram się w końcu spełnić swoje "zawodowe" plany.


Rok 2013 Dziwny, koszmarny, zaskakujący rok...
Początkiem roku obiecałam sobie, że więcej psów nie planuję. Miałam ich 6....
Hesia skończyła 10 lat w średnim zdrówku, Malina miała skończyć 9 we wrzesniu...
W połowie roku byliśmy zmuszeni uspić naszego Arona - owczarka niemieckiego, którego adoptowałam rok wcześniej.
Chwilę po jego odejściu umarła moja Malina. Był to pies, którego mogłabym klonować w nieskończoność, którego
ceniłam i kochałam ponad wszelką watpliwość. Moja przyjaciółka, moja petarda...
Po jej śmierci straciłam werwę i chęci do wszystkiego... Absolutnie wszystkiego.
Nie potrafiłam poskładać na nowo siebie, swoich planów, nagle wszystko przestało dla mnie istnieć.
Ból, jaki sprawił mi jej odejście zniszczył wszystko, na co pracowałam lata.
Przestałam trenować, przestałam udzielać się szkoleniowo. Wcześniej umierały moje psy, ale tej straty nie
potrafiłam zrozumieć i jakkolwiek się z tym pogodzić.... Umarło moje serce.
Zmieniłam także plany hodowlane - Bruno opuścił nasz dom, pies wyjątkowy, z doskonale rozwiniętymi popędami,
ale pewne powody rodzinne skłoniły mnie do tej decyzji. Nieoczekiwanie wróciła do mnie jego siostra Ika.
Właściciele już się nie mogli nią opiekowac, więc zostaje u mnie. Jest to dobry materiał hodowlany, wspaniale pracuje,
ma silnie rozwinięte popędy - wierzę, że się nie pomyliłam i podjęłam słuszną decyzję... Żeby tego było mało
wrócił do mnie również nieoczekiwanie Mailo - syn Maliny i Eltona. I tak wszelkie moje plany związane z hodowlą
zmieniły kierunek o 180 %. Przede mną sporo pracy i mam nadzieję, że już nic złego się do mnie nie przyczepi...

Rok 2014 No i znów rok pełen planów, chociaż jak zwykle ja swoje, życie swoje ...
Kolejny rok hodowli dobermanów, kolejny rok, gdzie szczęście przeplata się z rwącą serce tragedią....
Mailo znalazł wspaniały dom w Brazylii, gdzie pilnie uczy się pod okiem najlepszych.
Wiosną wymyśliłam sobie, że pokryję Ikę - plan dobry ale nie wyszedł. Ika nie zaszła w ciążę. Zamówiłam więc sobie z
czeskiej hodowli szczenię - suczkę użytkową. W międzyczasie jednak musiałam porzucić to marzenie ze
względów logistyczno-finansowych. Kiedy już jednak uporałam się
z własnymi sprawami okazało się, że wyśniony szczeniak jest zarezerwowany...
Po pewnym czasie okazało się, że jednak szczęśliwym trafem Mała będzie moja.
Kiedy już tak się cieszyłam i nie mogłam doczekać, musiałam się zmierzyć z tragedią... Byłam zmuszona uśpić Hesę.
Pożegnać kogoś, kto był dla mnie wszystkim, kto był częścią mego życia przez ponad 11 lat. Hesia chorowała od wielu lat, ale
choroba przybrała na mocy i nie było już odwrotu.

Mimo, iż wiedzialam, że ten moment kiedyś nastąpi to ciągle wierzyłam, że może jeszcze jakoś to będzie.
Oszukiwanie samej siebie i czekanie na cud ? Hesia do końca była sprawna umysłowo, wesoła, udawała przede mną,
że wszystko jest w porządku... Badanie lekarskie otworzyło mi oczy i złamało serce.
Wraz ze śmiercią Hesy skończyła się też historia prawdziwie polskich dobermanów -
ponieważ Hesia była ostatnią żyjącą dobermanką z czystym, polskim rodowodem.
Niewyobrażalna strata, ból, którego nie da się opisać, złamane serce i utracone nadzieje na potomka
po Hesi... Już nic nie ma, polskie dobermany wymarły. Chwilę po jej śmierci musiałam odebrać mojego wcześniej
zamówionego szczeniaka. Borykałam się z myślami - czy to Hesia umarła w złym momencie,
czy może szczeniak przyszedł w złym momencie..? Czy będę w stanie zająć się maluchem
w sytuacji, kiedy myślami jestem z Hesą ? Jakoś ... Jakoś to pogodziłam. Szczeniak jest upierdliwie niedobry
i wypełnia mi cały mój wolny czas. Trochę przypomina mi Malinę, bo już teraz czuję, że odbiera mi resztki moich
sił i zdrowego rozsądku... W ciągu ostatnich 2 lat straciłam dwie najważniejsze dla mnie psie
dziewczynki, które były moją radością, były dla mnie wyznacznikiem charakteru dobermana.
Hesa opanowana jak zawsze, nauczycielka moich szczeniąt z różnych miotów,
rozumiałyśmy się bez słów. Natomiast Malina, niezwykle odważna, bezkompromisowa, oddała by za mnie życie.
Każda inna, każda na wagę złota. Czas pokaże jak się historia mojej hodowli potoczy, w jakim kierunku pójdę,
ale bez względu na wszystko wiem, że mimo odejścia najlepszego przyjaciela, życie toczy
się dalej i trzeba iść wcześniej obraną drogą.

Kończy się ten zasrany rok, kończy kolejną tragedią.
29 grudnia umiera Jana. Początkiem listopada usunęliśmy Janie guz na listwie mlecznej.
Zagoiło się, ale po dwóch tygodniach od operacji zaczął rosnąć nowy.
Rósł szybko, agresywnie się rozprzestrzeniając.
Kilka wizyt u onkologa, kilka RTG, badań krwi, USG i wyrok. Nie chciałam się poddać.
Byłam jej to winna. Przecież jesteśmy razem na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie..
Nagle Jana z wesołej, pełnej życia babeczki stała się staruszką, niknęła w oczach.
Szybka decyzja lekarzy - idziemy na stół. Podczas trwania operacji podjęłam decyzję o eutanazji.
Nie było innego wyjścia, guz objął nie tylko pierś, ale też wpiął się w mięśnie, niestety również
objął mackami uda - musielibyśmy również odjąć jej nogę, potem kolejną, a zanim by się
zagoiła, już by miała kolejne przerzuty. Nie było sesnu dalej jej dręczyć i skazywać na ból,
jakiego doznawała od kilku dni mimo bardzo silnych leków p/bólowych.
Umarła spokojnie, w moich ramionach.
Tak bardzo się ciesze, że ten cholerny rok się kończy, oby kolejne były lepsze....


Rok 2015 15 lat hodowli... W ciągu tych wszystkich lat umarło mi az 5 moich wspaniałych psów...
Teraz w domu goszczą młode panny... Jest Ika - jedyna córka Jany, która u mnie została.
Jest też ze mną Gruszka - taki dziwny prezent. Gruszka przybyła do mnie jako niemal roczna panna,
szaleniec z buszu. Niczego się nie boi, jest absolutnie wesoła, szczęśliwa, dobrze mi się z nią pracuje a raczej
zaczęło mi się z nią dobrze pracować. Początkowo była nie do ogarnięcia, żyła innym życiem i dawała się we znaki.
Teraz, po wielu miesiącach wspólnej przygody wiem, że jest to kolejny pies, na którego być może długo czekałam.
Zarówno Ika jak i Gruszka spełniają wszelkie moje oczekiwania.
Końcem roku nasz dom opuściła Furia, ktorą zakupiłam w sierpniu ubiegłego roku.
Niestety, mimo najszczerszych chęci nie była to sunia, która spełniła jakiekolwiek moje oczekiwania.
Od swoich psów oczekuję w hodowli jakości. Nigdy nie dopuszczałam do rozrodu psów ze słabszym charakterem,
ponieważ wychodzę z założenia, że sama po takim psie nie zakupiłabym szczeniaka.
Furia wróciła do hodowcy. Być może, kiedy moje prywatne sprawy wrócą na prawidłowe tory, wrócę do pracy z psami
w przyszłym roku. Taki jest plan, takie mam założenia. Co z tego wyjdzie czas pokaże.
W związku z tym, że na całym świecie umiera każdego dnia mnóstwo psów na DCM,
absolutnie nie używam do hodowli psów, które nie posiadają aktualnych badań Doppler/Holter.
Świata nie zbawię, ale przynajmniej mogę spać spokojnie, wiedząc, że sama nie przyczyniłam się
umyślnie do choroby we własnej hodowli.
Kończy się rok i zaczynają nowe możliwości. Z miotu ZZ po mojej Ice pozostawiłam do hodowli doskonałej jakości Voltę.
Volta jest tym, do czego dążyłam wiele lat. Jest spełnieniem marzeń o dobermanie z charakterem, który z pokolenia na pokolenie wiedzie te najlepsze linie. Jest córką Mistrza Świata IDC IPO3.
To mój pierwszy miot od lat, gdzie patrzę na hodowlę zupełnie inaczej. To, co udało się powołać na świat Ice i Harlequinowi
jest niesamowitą nagrodą za tyle lat pracy hodowlanej.

Rok 2016
Plany planami a życie swoje.
Postanowiłam poszukać Gruszce domu. Kilka miesięcy poszukiwań i zupełnym przypadkiem
trafiła we wspaniałe ręce do ludzi przez duże L. Ma w nowym domu jak w bajce a ja jestem absolutnie szczęśliwa,
że akurat tam może mieszkać. Lepiej trafić nigdy nie mogła.
W ciągu całego roku nie wydarzyło się nic złego. Może w końcu zły czas mija.
Volta "składa" się w większej części z linii użytkowej, ale ponieważ nie znam idealnie jej przodków od strony
ojca, mogę śmiało powiedzieć, że ma sporo cech moich byłych psów.
Po swej mamie Ice i babci Janie jest socjalna, absolutnie głucha na strzały, zrównoważona i przyjacielska wobec ludzi, dzieci, zwierząt. Po swojej pół babci Malinie ma chęć współpracy z człowiekiem i zajadłość podczas obrony.
Chyba nadeszły czasy, gdzie w końcu praca hodowlana dała efekty, o których marzyłam - czyli po mojemu, geny "siadły".
Kończy się 2016 rok, 17 lat z dobermanami. I tak do końca życia i o jeden dzień dłużej :)

Rok 2017
Osiemnaście lat z dobermanami. Ika w maju skończy 5 lat, Volta ma już 15 miesięcy, gdzie te czasy kiedy miałam
po 6-7 psów naraz ? Już do tej liczby nie wrócę. Jest idealnie. Yyyy było....bo ?
Adoptowałam ze schroniska moją Jagę, córkę Maliny i Pako, którą właściciel postanowił porzucić, bo chora, bo stara.
Serce na szczęście zdrowe, lecz sama Jaga wygląda jak pół nieszczęścia. Jeśli nie znjadę jej fantastycznego domu - zostanie z nami już na zawsze. W końcu jest tak jak sobie życzyłam. Treningi, treningi. Idziemy powoli do przodu. Jeździmy do różnych czołowych pozorantów, bawimy się.
W planie na 2017 było pozostawienie sobie szczeniaka po Ice, ale zdecydowałam, że w przyszłym roku zostawię po Volcie.
Jaga po pół roku od adopcji znalazła fantastyczny dom !
Psy mam młode i absolutnie zdrowe, więc nie planuję pisać niczego złego przez kolejne kilka lat :)